Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...

Sunday, 30 September 2012

Włosowy haul zakupowy- zapasów na sto lat

Byłam pewna, że paczka już nie dojdzie. Kurier do mnie dreptał całe 3 tyg., ale najważniejsze, że już mogę cieszyć się moimi kosmetykami.

Wśród kosmetyków przewijają się firmy: Kallos, Chantal, BingoSpa, Nuova... . Z większości korzystają profesjonalne salony fryzjerskie, ale myślę, że maską do włosów raczej sobie krzywdy nie zrobię. Bardziej martwię się ilością kosmetyków; widziałyście kiedyś litrowy szampon?! Myślę, że upłynie sporo czasu zanim zużyję te kosmetyki i prawdopodobnie, jeśli się nimi nie podzielę z kimś, to wylądują w koszu z przeterminowania.
Na szczęście ceny kosmetyków były bardzo korzystne. Możecie się o tym przekonać czytając dalej.

 1. Kallos Latte- zastanawia mnie fakt "oryginalna czy nieoryginalna". Przeglądając wiele masek Latte za każdym razem widziałam błękitne opakowanie, a to akurat nie ma nic wspólnego z błękitem. Ma przyjemny zapach. Kupiłam pod wpływem Anweny. Moja mama jest zachwycona tą maską, więc nawet jeśli nie jest oryginalna, to miło, że się sprawdza. Opakowanie 800 ml- 9,59 zł
2. Kallos Carrota- przeciw przetłuszczaniu się włosów. Zapach... wydaje mi się, że lekko mydlany i przez to niezbyt pociągający. Opakowanie 275 ml- 4,63 zł

3. Kallos Frutta- miałam nosa, żeby kupić dwie maski. Ma niebiański owocowy zapach. Jedną z nich na pewno przeznaczę na rozdanie. Opakowanie 275 ml- 4,63 zł

 4. BingoSpa Szampon borowinowy i 7 ziół- pokładam w nim wielkie nadzieje. Szampon ma spowodować, że włosy odzyskają sprężystość, elastyczność, puszystość i będą mniej się przetłuszczać. Opakowanie 300ml- 8,99 zł

5. BingoSpa Żel- krem pod prysznic kokos- przede wszystkim boski zapach kokosa. Uwielbiam intensywne zapachy pod prysznicem, więc na pewno się zaprzyjaźnimy, ale dopiero za jakiś czas, bo na chwilę obecną używam mydełka Aleppo. Butelka 1000ml- 13,99 zł

I coś dla mamy:
6. Parisienne Italia pianka do włosów- nie pytajcie mnie, czy dobra, czy mocna, czy nie... . Na tego typu kosmetykach jeszcze się nie znam ;) Pojemność 400 ml- 9,83 zł
7. Chantal szampon oczyszczający- wyłącznie do użytku profesjonalnego w salonach fryzjerskich. Aż strach się bać. Jest delikatny, do wszystkich rodzajów włosów i łagodny dla skóry głowy. Pojemność 1000g- 10,79zł
8. Nuova lakier do włosów- kolejny kosmetyk, z którego korzystam od święta. Pojemność 500 ml- 11,35zł.
Oczywiście zapomniałam jeszcze o matowej paście do włosów (pierwsze zdjęcie- na masce Latte). Opakowanie 100ml- 9,99 zł.

Jak widzicie- ceny bardzo przyjemne. Jak tylko wypróbuję kosmetyki, na pewno dam znać. Niestety, nie podam Wam nazwy sklepu tego sprzedawcy ze względu na czas oczekiwania (całe 3 tyg. mimo opcji "kurier"). Jeśli któraś z Was byłaby zainteresowana, napiszcie maila i chętnie podzielę się informacją, kim jest ów sprzedawca.

Coś polecacie z powyższych kosmetyków? ;)

Saturday, 29 September 2012

Zmywacz do paznokci w żelu? Tak!

Ostatnio mam wrażenie, że ze wszystkimi nowinkami kosmetycznymi jestem 100 lat do tyłu. Podobnie jak z myjką do demakijażu, tak i ze zmywaczem do paznokci Donegal zaznajomiłam się pierwszy raz na Spotkaniu Blogerek w Kielcach. I oczywiście pierwsze moje pytanie: "Ale w żelu?!". 
  
"Zmywacz do paznokci w żelu usuwa lakier, jednocześnie pielęgnując i chroniąc płytkę paznokcia. Zawarte w preparacie witaminy A, B, E, F, H odżywiają paznokcie w widoczny sposób poprawiając ich wygląd. Prowitamina B5 intensywnie nawilża, zmiękcza i uelastycznia naskórek. Łagodny owocowy zapach oraz żelowa konsystencja zapewnia komfort użytkowania"
 
Oprócz jego samej rzucającej się w oczy konsystencji, warto wspomnieć o zapachu. Z tego co zdążyłam zrobić rozeznanie- niektóre z Was on drażni, mnie akurat pasuje. Zapach nie jest aż tak bardzo drażniący, bo wyczuwam w nim aromat mango. Zwykłe zmywacze, które do tej pory miałam, zalatują tym swoim zapaszkiem na lewo i prawo tak, że latem zmywam paznokcie na balkonie. Podobnie jak zmywacz w płynie, wylewamy żel na płatek kosmetyczny (a już najlepiej na wacik bezpyłowy) i zmywamy lakier. To co mi się rzuciło w oczy, to fakt, że żeby zmyć wszystkie 10 paznokci wydawałoby się z niezbyt wymagającego, kolorowego lakieru musiałam kilkakrotnie dolewać zmywacza na wacik, bo w pewnym momencie lakier zamiast zmywać- mazał się. Nie miałam jednak uczucia wysuszenia paznokci i skórek, jak to zawsze bywało ze zwykłym zmywaczem. Paznokcie po zmyciu wyglądały idealnie- jakby nietknięte żadnym środkiem chemicznym. Nie wiem, czego to zasługa, czy żelowej konsystencji, czy po prostu witamin zawartych w zmywaczu. Nie zmywałam nim jeszcze bardziej wymagającego manicuru (czyli np. lakierów Essence, z którymi zawsze się męczyłam). Wspomnę jeszcze, że zmywacz zawiera aceton. Mnie to akurat nie przeszkadza, bo nie zmywam lakieru co dwa dni i moje paznokcie są właściwie mocne. Mam nadzieję, że sprawdzi się również w sytuacjach bardziej ekstremalnych. 
Gdybym miała go ocenić, dałabym mu 4/5 (za to mazanie).

Zmywacz możecie kupić na stronie Donegal <tutaj> za 5,38 zł (150ml).

Jestem ciekawa, jakie macie zmywacze do paznokci i co polecacie... . Mnie dotąd był znany jedynie taki w płynie i z gąbeczką. 
A Wy... miałyście już zmywacz do paznokci w żelu?

Friday, 28 September 2012

Myjka do demakijażu, czy zwykły płyn?

Z myjką do demakijażu twarzy pierwszy raz spotkałam się zaledwie dwa tygodnie temu, a do tamtej pory nie wiedziałam, że w ogóle coś takiego istnieje ;). Otrzymałam ją w prezencie od firmy Donegal na I Świętokrzyskim Spotkaniu Blogerek. Bez chwili wahania zaczęłam ją testować i... oto, co zauważyłam... .

Czym charakteryzuje się myjka do demakijażu twarzy?
 "Nadaje się również dla alergików i osób mających problemy skórne. Kupując tę myjkę oszczędzasz na kosmetykach do demakijażu. Specjalne mikrowłókna umożliwiają skuteczne usuwanie makijażu przy użyciu samej wody. Zmywa nawet wodoodporne tusze do rzęs. Nie podrażnia skóry i nie uczula. Gwarancja minimum 300-krotnego użycia."

Myjka jest bardzo przyjemna w dotyku i faktycznie nie ma opcji, by móc sobie podrażnić nią twarz (chyba, że wybitnie nią trzemy). W czasie jej testowania korzystałam z różnych tuszy do rzęs, szminek, błyszczyków, eyelinerów. Nie w każdym przypadku myjka się sprawdziła np. nie poradziła sobie z wodoodpornym eyelinerem i musiałam dodatkowo zmywać oczy zwykłym płynem. Nie ma natomiast problemu z innymi kosmetykami, czyli tuszami do rzęs czy szminką. Za każdym razem cera jest dokładnie oczyszczona, co nawet nie zawsze zdarza mi się ze zwykłym płynem do demakijażu. Korzystanie z myjki nie wymaga korzystania z innych kosmetyków do demakijażu- wystarczy zamoczyć ją w ciepłej wodzie (z chłodną też sobie radzi- sprawdziłam) i masować twarz. Po użyciu za każdym razem pierzemy ją ręcznie w ciepłej wodzie z użyciem naturalnego mydła (ja korzystam z mydełka dla dzieci), ale można też uprać w pralce.

Tak myjka radzi sobie z tuszem i szminką
 

Po użyciu myjki, wacik z płynem do demakijażu był czysty


Co o niej sądzę? 
Na początku byłam do myjki sceptycznie nastawiona, głównie dlatego, że za pierwszym razem niedokładnie zmyła mi eyeliner, ale znowu też nie korzystam z niego tak często, by odstawić myjkę w kąt. Raz na tydzień spokojnie mogę pozwolić sobie na użycie zwykłego płynu do demakijażu. Mam nadzieję, że korzystanie z myjki nie wpłynie negatywnie na mój trądzik. Jak na razie jestem z niej zadowolona i jeszcze będzie musiała ścierpieć moje towarzystwo :) 3 razy TAK!


Myjka do demakijażu czy zwykły płyn?
Oto jest pytanie. Producent myjki zapewnia, że wystarczy nam na co najmniej 300 użyć (załóżmy, że jest to 300 dni). Jej koszt to nieco ponad 4zł na firmowej stronie sklepu Donegal <klik>. Płyn do demakijażu zużywam średnio jeden na 2-3 miesiące przy koszcie 5 zł (Ziaja), więc myjkę faktycznie bardziej opłaca się nabyć niż taki płyn. Nie jestem w stanie przewidzieć, czy myjka starczy mi na 300 użyć, czy tylko 200. Na razie fajnie nam się współpracuje ze względu na to, że nie podrażnia mojej twarzy. Z płynem bywa różnie, a z myjką takich problemów nie ma. 

A Wy co wybieracie? Myjkę do demakijażu, czy zwykły płyn?

Thursday, 27 September 2012

Dwa peelingi do ciała godne polecenia- moje KWC

Nie wiem jak Wam, ale mnie w ocenie kosmetyku niezwykle pomaga porównanie go z innym, ale o tym samym przeznaczeniu, dlatego dziś przedstawiam Wam moje dwa peelingowe KWC (Avon i Bielenda).


Zacznę od tego, że mimo wszystko, iż peelingi różnią się od siebie wiele, m.in. ziarnistością, to spełniają moje główne oczekiwanie, czyli wygładzenie skóry.

Bielenda, Pomarańczowa Skórka; Cukrowy peeling do ciała Antycellulit
Używając go nie zwracałam uwagi, czy mój rzekomy cellulit uległ zmniejszeniu, bądź całkowitemu zniwelowaniu, bo od tego są inne kosmetyki. Skupiłam się przede wszystkim, co robi z moją skórą. A muszę przyznać, że robi wiele.

Co pisze producent?
"Skutecznie złuszcza martwe komórki skóry, eliminuje szorstkość i zgrubienia naskórka, wygładza nie powodując podrażnień. Masaż peelingiem działa antycellulitowo i wyszczuplająco: pobudza ukrwienie skóry, poprawiając jej jędrność i sprężystość; wygładza, zmiękcza, odświeża i nawilża naskórek. Skóra zaczyna „oddychać” i łatwiej wchłania składniki aktywne z pozostałych preparatów POMARAŃCZOWA SKÓRKA. Piękny aromat odpręża i relaksuje. Brązowy cukier trzcinowy zawiera naturalny kwas AHA, skutecznie usuwa martwe komórki naskórka, oczyszcza i wygładza skórę. Garcinia Cambogia hamuje odkładanie się tłuszczu w komórkach; wyszczupla i modeluje ciało. Olejek grejpfrutowy regeneruje, odżywia i napina skórę."

Zapach: Ogromnie działa na zmysł węchu a owocowe delicje ogarniają całe moje ciało ;)
Ziarnistość: Gruboziarnisty ze względu na zawartość kryształków cukru trzcinowego, jednak dzięki temu pozostawia niezwykle gładką skórę. Kiedy masuję nim ciało- łaskoczą mnie ręce :P
Opakowanie: Pojemnik 200g odkręcany. Należy pamiętać o zamknięciu, by w czasie spłukiwania ciała, woda nie wdała się do peelingu. Uważam to akurat za minus- czasami nie pamiętam o zakręcaniu kosmetyków a potem czekają na mnie "niespodzianki".
Cena: ok. 13 zł
Inne: Skóra przez długi czas jest niezwykle przyjemna w dotyku, w dodatku nawilżona i miękka (nigdy nie spotkałam się z tego typu uczuciem po innych peelingach). Jak na tę cenę, warto kupić peeling nawet nie z myślą o redukcji cellulitu czy tkanki tłuszczowej. Jeśli oczekujecie od peelingu gładkiej skóry jak pupa niemowlęcia, to ten peeling jest dla Was idealny!


Avon, Planet Spa; Wygładzający peeling do ciała z minerałami z Morza Martwego
Miałam go jeszcze przed peelingiem z Bielendy i do tamtej pory był moim "the best of", jednak po peelingu Bielendy trochę przygasł, co nie znaczy, że jest zły :)

Zapach: Specyficzny, jednak wszystkie kosmetyki z linii SPA tak pachną. Mimo to jest przyjemny.
Ziarnistość: Drobnoziarnisty (mogłabym go porównać do zmielonego piasku), dzięki czemu jest nieco delikatniejszy i mniej agresywny.
Opakowanie: Zawiera 150ml kosmetyku. Tubka z zatrzaskiem (jakkolwiek się zwie, w każdym razie nie muszę się martwić, że go zaleję).
Cena: W zależności od promocji w Avonie. Będąc konsultantką zdecydowanie bardziej się opłaca, bo można dostać go za bezcen, tak jak zrobiłam to ja :) Ceny wahają się w granicach 20-30 zł.
Inne: Podobnie jak po "Pomarańczowej Skórce", skóra jest przyjemna w dotyku, jednak pozbawiona uczucia nawilżenia. Od tego mam jednak masło do ciała także z tej linii, więc dobrze się uzupełniają. Wszystko, co szorstkie- jest wygładzone. Patrząc jednak pod katem ceny: zarówno Bielenda jak i Avon oferują tą samą jakość w rozbieżnych cenach, dlatego Avon jest dla mnie zbyt drogi i nie wiem, czy zdecydowałabym się na kolejny samodzielny zakup tego peelingu.


Macie swoje KWC wśród peelingów?

Wednesday, 26 September 2012

"Nude" nie jest passe, czyli nalepkowy manicure

Uwielbiam wszelkie pastele, karmele i pastelowe róże pod każdą postacią, więc niezmiernie się ucieszyłam, kiedy w prezencie od Paese otrzymałam pierwszego w mojej lakierowej karierze nudziaka. Ponieważ moja karnacja nie należy do porcelanowych, także nude na paznokciach wygląda jak istne przedłużenie moich opalonych dłoni. Postanowiłam troszkę go przełamać, a że w prezencie od firmy Donegal dostałam nalepki na paznokcie, szybko zabrałam się do pracy, mimo tego, że moje paznokcie obecnie nie grzeszą długością :P

Ostateczny efekt, jaki uzyskałam wygląda tak:
Jestem bardzo zadowolona zarówno z lakieru, jak i nalepek. Aplikacja (o ile mogę to tak nazwać) nalepek jest bardzo prosta. Na pomalowaną, ale wyschniętą już płytkę paznokcia przyklejamy "koronkę". Wystające części lekko spiłowujemy i ponownie pokrywamy paznokieć warstwą lakieru (topu). W moim przypadku były to dwie warstwy ze względu na to, że niezbyt umiejętnie nałożyłam naklejki i trochę czepiały się ubrań. Należy także uważać, by nie naruszyć ich już przy samym odklejaniu. Efekt zbytniego szarpania się z nalepką możecie zobaczyć na palcu wskazującym, gdzie zgubiłam jej część i wygląda jak pogryziona ;) Nie każda nalepka objęła cały mój paznokieć i np. na przedostatnim jest trochę za wąska, ale mnie kompletnie to nie przeszkadza. Niebawem pędzę do drogerii kupić kolejne wzorki. Tym razem zestawię je z fluorescencyjną żółcią.
Dziewczyny z klasy miały dzisiaj problem z rozróżnieniem, czy wzorki były malowane ręcznie, czy to jakiś nieuzasadniony chwyt :P

Jeżeli chodzi o sam lakier, to jest niezwykle wodnisty i na początku trochę mi się rozlał na paznokciu, ale skutecznie go poskromiłam i w sumie jestem zadowolona. Już jedna warstwa spokojnie kryje paznokieć nawet przy tak jasnym kolorze. Schnięcie na poziomie (prawdopodobnie także dzięki dodatkowej warstwie szybkoschnącego topu), dlatego staje się moim ulubionym lakierem zaraz po serii Golden Rose Paris.

I jeszcze rzutem na taśmę- jedna warstwa nudziaka Paese.
  
Na pewno na dłuższych paznokciach efekt końcowy jest o wiele bardziej powalający, ale moja niecierpliwość wygrała z oczekiwaniem na przyrost paznokci ;) Dajcie znać, co sądzicie o tym "nie-nudnym" manicure.

Tuesday, 25 September 2012

Czym nawilżam ciało jesienią? 7 różnych kosmetyków

Nawilżanie ciała jesienią to dla mnie mus. Prawdziwej jesieni jeszcze nie ujrzałam, ale to dobry moment na zrobienie kosmetycznego remanentu. Zebrałam wszystkie kosmetyki nawilżające w jedno miejsce i wszystkie pokrótce opiszę. Oczywiście na obszerniejsze recenzje przyjdzie czas. W jednym z pierwszych postów porównywałam już trzy kosmetyki (Garnier, Avon, Ziaja). Od tamtej pory diametralnie zmieniła się ilość kosmetyków nawilżających w mojej szafce i stąd też kolejny tego typu post. Część z nich używam od kilku dni w ramach testowania, natomiast z częścią jestem związana od dłuższego czasu. Wśród nich mam też swoją perełkę, na której jeszcze się nie zawiodłam :)

1. Argile Provence Mleczko do ciała Karite Bio- pięknie pachnie i równie dobrze nawilża. Jest dosyć gęste i mocno skoncentrowane. Nie podrażnia. Także dla mężczyzn- jako woda po goleniu (nie sprawdzałam :)), po opalaniu oraz jako mleczko oczyszczające makijaż. Ukochane przeze mnie za zapach i za to, że jest bio!

2. Avon Naturals- o tym balsamie już pisałam (arbuz), choć akurat połączenie cytryny i bazylii mnie nie nie przekonuje. Zdecydowanie lepszy był arbuz. Mogę powiedzieć, że nawilżenie, jakie daje ten balsam jest optymalne. Używam go zawsze przed wf-em i akurat wtedy się spisuje. Jeżeli któraś z Was oczekuje długotrwałego nawilżenia, to spośród poniższych pozycji na pewno coś znajdziecie.

3. Archipelag Piękna Rafinowane masło shea- Obszerna recenzja tego balsamu znajduje się <tutaj>. Cóż mogę dodać? Obecnie świetnie się sprawdza jako balsam do ust- dobrze je nawilża i już tak często nie pękają. Wieczorem używam go do rąk i zakładam rękawiczki, a rano mam gładkie i nawilżone dłonie. Mimo to konsystencja jest zbita i tłusta, niczym wazelina, dlatego nie smaruję nim ciała w obawie, że przykleją się do mnie ciuchy.

4. Anovia Krem do ciała z masłem shea i minerałami z Morza Martwego- jest  lekki i nietłusty, dzięki czemu z powodzeniem po posmarowaniu można się ubrać. Czy nawilża? Tego kremu akurat jeszcze nie rozpracowałam. Ostatnio nałożyłam go na noc, a rano nie zauważyłam większej różnicy. Muszę jednak przyznać, że skóra jest gładka i miękka po posmarowaniu. Musi upłynąć jeszcze jakiś czas, bym mogła więcej o nim napisać.

5. Safira Aloe Vera gel- otrzymałam go w ramach współpracy z firmą Safira (podobnie jak pozycję wyżej). Jest przeznaczony do codziennej pielęgnacji skóry twarzy, szyi, dekoltu oraz całego ciała. Zawiera wyciąg Aloe Vera Barbadensis (41%) i jest polecany do skóry trądzikowej, czyli to coś dla mnie. Konsystencja faktycznie żelowa o bliżej nieokreślonym zapachu (jako podejrzewam tak pachnie ten cały wyciąg:)). Pierwszy raz użyłam go wczoraj na twarz i szyję. Po nocy zauważyłam, że mam gładkie policzki, ale na dłuższą recenzję musicie poczekać.

6.Cetaphil- produkt apteczny. Używam go od ok. 2 lat i jeszcze się na nim nie zawiodłam. Świetnie nawilża moją twarz i jest nieodzowny w pielęgnacji zimą. Jest zarówno do twarzy jaki i całego ciała. Nie podrażnia, nie posiada zapachu, idealny dla alergików. Przeznaczony do skóry suchej i wrażliwej. Stosuję go także pod podkład. Na początku przestraszyłam się ceny ok. 40 zł za 250ml, ale tak naprawdę każda cena jest tego warta.

7. Farmona Czekoladowe masło do ciała- żałujcie, że Was nie ma przy mnie- istna czekolada... gdyby jeszcze tylko można było to jeść :) Zarówno zapach jak i kolor skłaniają do spożycia. Nieźle wygładza i nawilża skórę, która w dodatku pachnie przez długi czas. Jestem ciekawa, jak się sprawdzi przy ujemnych temperaturach.

Monday, 24 September 2012

Podsumowanie miesięcznej kuracji antywągrowo-zaskórnikowej

Dokładnie miesiąc trwała moja przygoda z olejkiem pichtowym i naftą. Oczywiście nie porzucam swojej kuracji- miałam jedynie 5-dniową przerwę, ale od dziś wracam do smarowania problematycznych miejsc.

  
Na czym polegała miesięczna kuracja?
Mieszanką olejku pichtowego (jodłowego) z naftą kosmetyczną w proporcjach 1:4 smarowałam problematyczne miejsca pokryte czarnymi kropkami, czyli wągrami. Był to głównie obszar nosa. Więcej możecie przeczytać <tutaj>

Jakie zauważyłam efekty?
Już po pierwszych dniach zauważyłam, że nos jest wyraźniej gładszy. Do tej pory miałam na nosie ciemne, błyszczące kropki. Po kuracji stały się one po prostu matowe i nie były aż tak widoczne. Najwięcej- jak zwykle- było ich na załamaniu płatków nosowych. Czy jednak po miesiącu zauważam zniknięcie wągrów? Nie. One nadal szpecą moją twarz, jednak w trochę mniejszym stopniu. 5-dniowa przerwa także zrobiła swoje- nos nie jest już tak gładki, a więc pod tym względem kuracja faktycznie działa na bieżąco. Nie smarujesz- nie masz gładkiego nosa :).
W ciągu kuracji zużyłam 3/4 olejku (ok. 8 ml ze względu na zwiększenie ilości olejku w mieszance) i niezauważalną część nafty (buteleczka nafty ma 120g).
 
Czy jestem zadowolona i, czy polecam kurację?
Co nos, to tak naprawdę inna historia. Mój chłopak nie wytrzymał zapachu mieszanki i zrezygnował po pierwszym dniu. Ja mimo wszystko czuję pewien niedosyt- byłam pewna, że kuracja sprawdzi się na mnie i, że czarne kropy nie będą moją zmorą. Z ostatecznego efektu jestem zadowolona, ale jeśli mówimy tylko o gładkości nosa. Na początku nie mogłam się przyzwyczaić, że jest aż tak gładki i go często dotykałam ;). 
Czy polecam kurację? Tak- wciąż wierzę, że jest ktoś, kto jest w stanie osiągnąć lepsze efekty ode mnie.
 
Fakty i mity
FAKT: Mieszanka ma mocny zapach.
Tak, ale do przyzwyczajenia. Dla mnie jest on mniej silny niż olejek z drzewka herbacianego, dlatego szybko się przyzwyczaiłam.

MIT: Wacik za każdym razem jest brudny.
Pod warunkiem, że niedostatecznie dokładnie umyjecie twarz :)

FAKT: Mieszanka może podrażnić twarz.
Owszem, dlatego za pierwszym razem należy smarować miejsca ostrożnie, by sprawdzić, jak twarz reaguje. Mój nos jest akurat wytrzymały pod tym kątem :)

FAKT: Mieszankę należy stosować regularnie. Odstawienie może zmniejszyć widoczność efektów.
No chyba, że nie chcecie mieć ładnego noska.

FAKT/ MIT: Mieszanka może powodować zapychanie wągrów.
I tak i nie. Nafta kosmetyczna jest tłustawa, dlatego należy korzystać z niej rozsądnie. Jeśli widzicie pogorszenie stanu nosa (wysyp ropnych niespodzianek, itp.)- zrezygnujcie lub nieco zmieńcie proporcje mieszanki. Mój nos akurat się "nie skarżył".     

Sunday, 23 September 2012

Biokosmetyki, czyli współpraca z Biolander

Lubicie naturalne kosmetyki? Ostatnio nawiązałam współpracę z firmą kosmetyczną Biolander. Kilka dni temu otrzymałam paczuszkę z dwoma kosmetykami: pięknie pachnącym masłem shea oraz mydełkiem Alepia. W maśle zakochałam się od razu ;) Mydełko mam zamiar dzisiaj "skonsumować". 
Masło ma certyfikat mówiący o tym, że produkt jest naturalny. Zresztą oba takie są. I tak od kilku dni dręczy mnie pytanie, o czym tak naprawdę świadczy fakt, że kosmetyk jest bio i eko?
Macie jakieś swoje wyznaczniki? Czy taki kosmetyk różni się od takiego kupionego w sieciówce?

Sunday, 16 September 2012

Kosmetyczne gifty od sponsorów I Świętokrzyskiego Spotkania Bloggerek

Zgodnie z wczorajszą obietnicą, zamieszczam zdjęcia kosmetyków, którymi hojnie obdarzyły nas firmy kosmetyczne w czasie I-go Świętokrzyskiego Spotkania Bloggerek w Kielcach. 

Pierwsze recenzje kosmetyków pojawią się niebawem. Mam już swojego pierwszego ulubieńca i oby takich więcej :). Wśród kosmetyków jest dużo kolorówki, dlatego wszelkie cienie, kredki, błyszczyki, szminki i tusze są dla mnie ogromną motywacją do nauczenia się porządnego malowania. Czy wiecie, że do tej pory nie miałam żadnego cienia do powiek? Wstyd! Ale teraz już mam trzy;) 

Dziękujemy firmom kosmetycznym: Farmona, Donegal, Mariza, Pease, Hean, Igruszka oraz Vipera. 



Saturday, 15 September 2012

Fotorelacja ze Świętokrzyskiego Spotkania Bloggerek

Było... zdecydowanie za krótko, ale wspaniale! Poznałam świętokrzyskie, urodowe czarownice, od których mogłabym się wielu rzeczy nauczyć, a najprędzej malowania, bo to mi akurat kiepsko wychodzi :)Bardzo dziękuję za mile spędzony w Waszym gronie czas, szczególnie Marcie i Beacie, z którymi miałam okazję wymienić wiele zdań, niekoniecznie na tematy urodowe ;). Żebym nie była gołosłowna- poniżej fotorelacja z naszego spotkania.






I jeszcze taki mały przedsmak jutrzejszego posta :)

Thursday, 13 September 2012

Świętokrzyskie Spotkanie Blogerek 2012

Już niedługo, bo jutro :) A ja nie potrafię się ogarnąć. Zewsząd bokami wychodzą mi książki, ale nikt też nie mówił, że klasa maturalna to lajcik. Tak więc możliwe, że pojawię się ze zdartym lakierem na paznokciach i niewyprasowaną bluzką :) Mam nadzieję, że zabawa będzie przednia i wreszcie Was poznam. Do zobaczenia!

Spotkanie odbędzie się w Kielcach przy ul. Św. Leonarda 15 (mam nadzieję, że trafię) w Choco Obsession.  

Poniżej lista 15-tu uczestniczek:

Wednesday, 12 September 2012

Prezent od Bielendy, czyli coś dla Was :)

Tak się akurat złożyło, że kolejny raz dostałam peeling od Bielendy, tym razem w ramach testowania na Facebooku. Pomyślałam, że skoro już jeden dostałam, dzięki współpracy z moim blogiem, a zawartość jest ta sama, to dokładam ten peeling do puli rozdaniowej (rozważam również wymianę).
Wciąż testuję ten peeling, więc spodziewajcie się w niedalekiej przyszłości recenzji. Jedna z notek o peelingu "Pomarańczowa skórka" znajduje się też <tutaj>. Na chwilę obecną tylko tyle mogę z siebie wykrzesać, mam nadzieję, że obszerniejsze notki pojawią się w weekend, m.in. fotorelacja ze spotkania świętokrzyskich bloggerek. Już nie mogę się doczekać! Lecę do książek :)


P.S. Oprócz tego czekam na nagrodę od Fashionelki ("ubranko" na telefon- skarpeta Walk and More) oraz idzie do mnie paczuszka z nagrodą niespodzianką od firmy kosmetycznej Biolander . Jestem ciekawa obu prezencików. O wszystkim będę na bieżąco pisać na blogu w miarę możliwości. Jeśli czas jutro mi pozwoli, otrzymacie kod zniżkowy do jednego z internetowych sklepów kosmetycznych.

Sunday, 9 September 2012

Zbawienny wpływ maseczki drożdżowej na twarz

Jak się okazuje, drożdże nie tylko są mile widziane w kuchni. Ostatnio, dzięki Anwenie odkryłam maskę na włosy, która hamuje wydzielanie sebum, o której pisałam <tutaj>. Jeszcze wcześniej dowiedziałam się, dzięki programowi SOS Uroda o maseczce z drożdży na twarz. Dzięki temu, jedna kostka drożdży schodzi u mnie teraz co dwa tygodnie i naprzemiennie korzystam a to z jednej maski, a to z drugiej.


Dla kogo maseczka z drożdży?
Dla każdej z was. Podstawowy przepis można modyfikować, dzięki czemu maseczka jest idealna dla każdego typu skóry. Jej podstawowym zadaniem jest działanie anty-trądzikowe, jednak zawarte w drożdżach witaminy i mikroelementy pozwalają skórze na oczyszczenie i wzmocnienie cery.
 
Podstawowy przepis i jego modyfikacje
Podstawowa wersja (dla cery normalnej):
- Ok. 1/4 op. drożdży (lub 1/3)
- 1,5- 2 łyżek ciepłego mleka

Całość mieszamy. Zalecałabym ostrożnie dodawać mleka, by mieć kontrolę nad gęstością papki. Ja lubię dosyć gęstą, dlatego 2 łyżeczki mleka są idealne. Całość nakładamy na twarz i trzymamy ok. 15 minut, aż maseczka stwardnieje (możecie się spodziewać efektu mumii;)). Zmywamy ciepłą wodą. Nie polecam ścierać maseczki, u mnie spowodowało to podrażnienia.

Wersja dla cery suchej i/lub wrażliwej:
- Od 1/4 do 1/3 op. drożdży
- 2 łyżki oliwy z oliwek

Wersja dla cery tłustej i z przebarwieniami (dosyć silna):
- Od 1/4 do 1/3 op. drożdży
- łyżka wody
- kilkanaście kropel soku z cytryny (można użyć samego soku z cytryny zamiast łyżki wody)

Moja wersja:
- Ok. 1/3 op. drożdzy
- 2 łyżeczki ciepłego/ gorącego mleka
- 2 krople oliwy z oliwek
Uznałam, że mój typ cery (mieszana) nie zalicza się do żadnej z powyższych wersji (ewentualnie do wersji podstawowej), dlatego stworzyłam swoją. Dwie krople oliwy fajnie nawilżają suche miejsca, a nie robią też krzywdy tym, które wydzielają trochę więcej sebum.


Czego można się spodziewać?
Skóra zaraz po zmyciu maseczki jest gładka, oczyszczona i delikatnie nawilżona. Zauważyłam też, że uwidaczniają się wszelkie krostki, których do tej pory nie widziałam, ale jest to efekt krótkotrwały i występuje jedynie na czole. Skóra wydaje mi się też lekko jaśniejsza, ale może to efekt oczyszczenia. Po kilku razach zauważyłam, że na skórze mniej mam ropnych wyprysków, a jeśli się zdarzą to są malutkie i bez ropy (taki piasek pod skórą). Słyszałam także, że wersja z cytryną ma zbawienny wpływ na rudzielców i panie obdarzone piegami.
Czy polecam?
Jak najbardziej tak. Używam jej już czwarty raz i za każdym razem jestem zadowolona z efektu. Na pewno skorzystam z niej jeszcze nieraz, bo widzę poprawę stanu skóry, a zawsze po lecie było z moją skórą ciężko. Maseczka nie wymaga też dużych pokładów finansowych, a jedna kostka drożdży spokojnie Wam starczy na trzy razy. 

Saturday, 8 September 2012

Moja ulubiona płukanka kawowa; wyniki konkursu z CR

Tak naprawdę pielęgnacją włosów zajęłam się całkiem niedawno. Kiedyś wystarczył mi zwykły szampon, grzebyk i suszarka, dlatego też włosy były moją zmorą. Może tak (po cichu) jest i dziś, ale na pewno pielęgnacja włosów nie jest tak przykra, jak kiedyś. Jesień i zima to pory roku, kiedy moje włosy wyglądają najgorzej, dlatego chwytam się każdego koła ratunkowego, które poprawi kondycję moich włosów. Warto zacząć już od końcówki lata ;)

Z płukanką kawową styczność mam od niedawna, ale bardzo ją polubiłam za zapach. Poza tym kofeina zawarta w kawie ma wiele zalet (poprawa mikrokrążenia- dlatego np. fusy są świetne jako peeling do ciała, przyspieszenie wzrostu włosów- mam nadzieję, że to prawda, bo zapuszczam do studniówki).

Jeśli korzystacie z płukanek, masek, odżywek do włosów, które uważacie za godne polecenia, napiszcie w komentarzu przepis lub link do Waszego posta. Z chęcią przeczytam i wypróbuję. 


Przepis na płukankę kawową
Sposób łatwy i przyjemny. Dwie, dosyć kopiaste łyżeczki kawy parzonej zalewam wrzątkiem (filiżanka/ kubek, nieistotne). Ja akurat kawę robię w ekspresie, dzięki czemu fusy automatycznie zostają oddzielone. W czasie stygnięcia kawy filtr z fusami moczę jeszcze w kawie, by "zebrać" cały aromat. Fusy możecie oddzielić również za pomocą gazy. Na koniec dolewam jeszcze ok. pół litra letniej wody. Ostudzoną płukankę wylewamy na mokre włosy, po umyciu. Nie spłukujemy. Chłodna płukanka nie poskleja wam włosów.
Czego możecie się spodziewać?
Czytałam różne opinie. Niektóre z pań skarżyły się na sklejone włosy. U mnie nic takiego się nie wydarzyło. Wyczuwałam za to boski aromat kawy i spodoba się on każdej z was, nawet jeśli nie przepadacie za piciem kawy. Oprócz tego włosy zyskały na blasku. Myślę, że u kobiet o np. orzechowym odcieniu włosów mogłoby wystąpić lekkie pogłębienie koloru po kilkunastu użyciach. Włosy były miękkie, choć zaraz po użyciu płukanki, przed wysuszeniem mogą wydawać się z lekka sztywne. Mam nadzieję, że po jakimś czasie dostrzegę również szybszy wzrost włosów. 
  
Wyniki konkursu z Creative Relations
Nagrodę w postaci indywidualnie dostosowanego poradnika pdf wraz z Twoją bliźniaczą gwiazdą oraz propozycją 10 stylizacji dopasowanych do Twojej sylwetki otrzymuje.... Ivanotta. Gratuluję, skontaktuję się z Tobą mailowo w celu dogadania szczegółów ;)

Wednesday, 5 September 2012

Powrót do kuracji na rzesy olejkiem rycynowym

Klasa maturalna do czegoś zobowiązuje, zapewne ucierpi na tym blog, ale staram się, żeby tak nie było... . Studniówka jest moim punktem docelowym, więc cierpliwie stosuję kurację antywągrowo-zaskórnikową wg przepisu Aliny Rose a 1-go września wróciłam do kuracji na rzęsy olejkiem rycynowym, ponieważ moje rzęsy ostatnio nie są ani za długie, ani za grube. Wiem też (dzięki statystykom), że często szukacie sposobów na długie, grube rzęsy... Ten jest więc idealny, ale dla wytrwałych :)

Wczoraj pstryknęłam kilka fotek, żeby mieć porównanie "przed" i "po". O efektach pisałam już kiedyś zarówno po tygodniu, jak i po dwóch (potem trochę zaprzestałam; więcej w zakładce "rzęsy"). Jak dla mnie były zniewalające, zwłaszcza na zdjęciach dzięki zoomowi. W rzeczywistości może nie było takich "ochów i achów", ale różnica była dostrzegalna np. na dolnych rzęsach, trochę na górnych- zwłaszcza zewnętrznych i w grubości. Myślę, że za miesiąc wszystko Wam dokładnie opiszę. Nabyłam także książkę z przepisami na domowe kremy, mleczka i inne pierdółki, więc będę próbować ;) Miłego dnia.

Stan moich rzęs na dzień dzisiejszy

 

Monday, 3 September 2012

Kiedy włosy wołają o ratunek- o przetłuszczaniu+ maska z drożdży

Anwena, moje guru włosowe, pomogła mi w walce z przetłuszczającymi się włosami i właśnie tym tematem chciałabym się zająć.

Dla mnie temat moich włosów, to temat rzeka- przetłuszczające się u nasady, z lekka przyklapnięte, nieodporne na fryzury, kręcenie, rozwichrzone na końcach- praktycznie rozdwajające się, troszkę wypadające ze stresu, tutaj ciemne, tutaj jasne, ale (chyba) grube i to akurat im się chwali. Patrząc lata wstecz widzę, jak piękne miałam włosy i, jak beztroskie było wtedy moje życie. Grubość połowy moich włosów wtedy, to tak jak cała moja głowa dziś.
Jednak przetłuszczanie towarzyszy mi od zawsze i tego akurat nie potrafię ogarnąć. 


Jak sobie radzę z przetłuszczaniem się włosów?
1. Przede wszystkim nie myję ich codziennie i staram się ten czas wydłużać, zwłaszcza kiedy jestem chora lub nie wychodzę z domu przez kilka dni i np. myję włosy co 4-ty dzień. Za każdym razem po takim "detoksie" zauważam, że mimo tego, iż po dwóch dniach powinny być już przetłuszczone, one nadal są w dobrej kondycji. Czytałam natomiast, że mycie włosów przy przetłuszczaniu jest wręcz wskazane, więc wszystko zależy od włosa. Co nie znaczy, że ich nie myję wcale. Na co dzień, kiedy chodzę do szkoły- mycie włosów co drugi dzień to obowiązek ;)

2. Jeśli muszę gdzieś pilnie wyjść (załóżmy- do sklepu), a nie jest to znowu jakieś wielkie wyjście, używam suchego szamponu, który na jeden dzień przedłuża świeżość włosów. Na rynku dostępne są do włosów przetłuszczających się, delikatnych... Polecam suchy szampon z Syossa, o którym pisałam <tutaj>
 
3. Nie używam odżywek "bez spłukiwania", a jeśli mi się to zdarzy, to nigdy nie nakładam ich od nasady włosa (mniej więcej od środka ucha jest już O.K.). Unikam w ten sposób obciążenia i oklapnięcia oraz szybkiego przetłuszczania się włosów u nasady.

4. Mimo to używam wszelkich masek i odżywek "ze spłukiwaniem", ale robię to bardzo dokładnie, by wszelkie resztki kosmetyków wypłukać do końca.

5. Włosy spłukuję letnią wodą, która oprócz tego, że hamuje wydzielanie sebum, to także ładnie nabłyszcza włosy.

6. Nie przepadam za szczotkami do włosów. Grzebienie w tym przypadku są lepsze i nie pobudzają aż tak bardzo gruczołów łojowych jak szczotka.  

7. A czasami zamiast odżywki nabłyszczającej (niepotrzebnie obciążającej włosy) korzystam z płukanek domowej roboty. Moja ulubiona to kawowa, o której kiedyś przy okazji napiszę.


Maska z drożdży, czyli wszystko co zauważyłam
źródło: Google- grafika

Do maski tej podeszłam sceptycznie, ale z nadzieją, że nastanie cud. Czy to jest cud, jeszcze nie wiem, bo za krótko się przyjaźnimy, ale tak- już mogę Was zapewnić, że moja przyjaźń z drożdżami będzie długa i mam nadzieję owocna.

Już po pierwszej "kuracji" zauważyłam efekty- niemal takie same jak po laminowaniu, czyli sypkość, blask, miękkość, połysk a także zmniejszone wydzielanie sebum. Dzięki temu zamiast 48-godzinnej przerwy od mycia miałam 72h (czyli z dwóch dni zrobiły się trzy, ponieważ włosy nie wymagały tak częstego mycia). Ogólnie nie widzę negatywnego wpływu maski na włosy. Wiem, że działa przez długi czas, bo nie korzystam z niej już od dwóch myć, a mimo to za każdym razem, kiedy suszę włosy (wiem, to grzech) czuję zapach drożdży. O wszelkich "baby hair", wzmożonym wzroście włosów i ogólnym wzmocnieniu, o którym pisała Anwena na dzień dzisiejszy jeszcze nie mogę powiedzieć. 


Jak zrobić maskę?
Ok. 1/4 kostki drożdży (ja używam zazwyczaj troszkę więcej) zalewam 1-2 łyżkami gorącej wody i mieszam do całkowitego połączenia. Drożdże mają się jedynie w wodzie rozpuścić, więc nie przesadźcie z jej ilością. Do przestudzonej mieszanki dodaję 1-2 łyżki gęstej odżywki (moja to Elseve L'oreal). W ten sposób trochę niweluję drożdżowy zapach i zapobiegam szybkiemu zastygnięciu maski na włosach. Odżywkę nakładamy na włosy przed myciem- jeszcze suche. Ja robię to pędzlem z grzebykiem do malowania włosów. Najdokładniej rozprowadzam maskę u nasady (głównie przedziałek, gdzie włosy szczególnie się przetłuszczają; przód głowy). To co mi zostanie rozprowadzam na całej długości włosów. Włosy owijam folią, przykrywam czepkiem i zostawiam na od pół godziny do 40 minut. Całość dokładnie spłukuję wodą i myję włosy tak jak zwykle.

Jestem ciekawa, czy korzystałyście z metody Anweny... Dla mnie jest rewelacyjna, dlatego dziś czym prędzej wyruszam w poszukiwaniu drożdży :)
Przy okazji przypominam Wam o konkursie <tutaj>